Reklama

Reklama

Okiem Kucharza: Fenomen Pokemon GO, czyli chcącemu nie dzieje się krzywda?

Opublikowano: pon, 25 lip 2016 07:30
Autor:

Okiem Kucharza: Fenomen Pokemon GO, czyli chcącemu nie dzieje się krzywda? - Zdjęcie główne
UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:

Przeczytaj również:

Aktualności Prawdopodobnie niektórzy z Was zauważyli moją tymczasową nieobecność na portalu w ubiegłym tygodniu. Powód brzmi - angina.Ponoć jakiś wirus tego ustrojstwa grasuje po Łęczycy, więc warto na siebie uważać.A piszę o tym nie dlatego, że chcę się pochwalić czy pożalić, ale dlatego, że chcę uczciwie podejść do tematu. Byłem absolutnie wyłączony od treści lokalnych docierających do nas, w wyniku czego nie mam bladego pojęcia co się w Łęczycy ciekawego działo, a o czym by warto dzisiaj napisać. Dlatego też dzisiaj poruszę temat dawno nieruszany, czyli temat basenu dobrodziejstw technologicznych, jakimi raczeni jesteśmy, a w których część społeczeństwa widzi zagrożenie. Pokemon GO. Podejrzewam, że większość z Was wie o co chodzi, ale w maksymalnym uproszczeniu spróbuję wyjaśnić. Jest to aplikacja na urządzenia mobilne, która wymaga od nas posiadania GPS w telefonie bądź tablecie. Ta aplikacja nanosi wirutalną rzeczywistość na naszą mapę i tak w ten oto sposób możemy spełnić swoje marzenie z dzieciństwa i zostać najlepszymi trenerami pokemon na dzielni. Tworzymy w tej aplikacji nasz wirtualny odpowiednik, nadajemy mu pseudonim, wybieramy płeć oraz wygląd i ruszamy łapać Pokemony. I w ten oto magiczny sposób, spoglądając na nasz radar (czyli telefon) idąc ulicą Belwederską możemy natknąć się na pokemona, którego możemy złapać.Na tej mapie, oprócz różnych okazów pokemon możemy natknąc się również na PokeStopy i coś jeszcze, ale nie będę bajerzył, bo nie grałem w to. W skrócie, dzięki aplikacji zainstalowanej w telefonie możemy łapać kieszonkowe stworki. Dlaczego ta gra cieszy się aż taką popularnością? Podejrzewam, że jako jedna z niewielu wymaga od nas ruchu i przebywania na świeżym powietrzu. Nie złapiemy pokemona siedząc w domu. To jest swego rodzaju ewenement, ponieważ gry zazwyczaj kojarzyły nam się z ustrojstwem, które przykuwa do ekranu telewizora/monitora na długie godziny. A tutaj mamy wyjątek, gdy dziecko obwieszcza, że idzie na dwór, bo musi złapać pokemony. 

Reklama

O zagrożeniach związanych z Pokemon GO powiedziano i napisano już chyba absolutnie wszystko. Co chwila, w internecie pojawiają się filmiki, jak tłum ludzi biegnie do miejsca x, bo tam ich telefon zauważył obecność rzadkiego pokemona na wysokim poziomie.

W związku z tym wypadki też się zdarzają. Oczywiście najwięcej w Stanach Zjednoczonych, np. jedna dziewczyna łapiąc pokemony odkryła… zwłoki. Inna sytuacja z kolei dotyczyła trzech mężczyzn, którzy późno w nocy spotkali się w parku. Policja odnotowała to zachowanie jako podejrzane, bo kto spotyka się o 3 w nocy w parku (w dodatku tam było chyba dwóch murzynów, a nie przepraszam, afroamerykanów). Zwinęła delikwentów podejrzewając, że dochodzi do transakcji związanej z kupnem narkotyków i ku ich zdziwieniu okazało się, że panowie… łapią pokemony. 

Dość świeża sytuacja (oczywiście w Stanach) dotyczy chłopaka, który prowadząc samochód łapał pokemony, czyli po prostu gapił się w telefon. W jego przypadku podzielna uwaga nie zadziałała i walnął w tył radiowozu.

W Japonii, czyli kraju, w którym pokemony powstały, w przeciągu kilku dni zapanował istny szał. Taki szał, że tamtejsze ministerstwo postanowiło wydać oficjalne, rządowe zalecenia odnośnie tego, jak obywatele mają korzystać z aplikacji, aby się nie pozabijać.

Daje do pole do popisu dla wszelkiej maści krytyków, którzy uważają, że trzeba zabronić korzystania z aplikacji, a gry są zle i jak się okazuje niebezpieczne nie tylko dla zdrowia psychicznego, ale również fizycznego. 

I może i bym się zgodził… ale zgodzić się nie mogę. Otóż powyższe przykłady najdobitniej pokazują, że wszelkie dobrodziejstwa technologiczne są dla ludzi mądrych. To nie wirtualna mapa ma sterować człowiekiem, ale człowiek ma się jedynie opierać o wirtualną mapę. 

Jak to się mówi: „Volenti non fit iniuria”, czyli chcącemu nie dzieje się krzywda. Jeżeli ktoś świadomie decyduje się porzucić obserwację świata rzeczywistego na rzecz treści wyświetlanej na ekranie, naprawdę ciężko oczekiwać pozytywnych efektów. Czy możemy w jakiś sposób to zwalczyć? Podejrzeam, że nijak. Nazwałbym to mało dyplomatycznie selekcją naturalną.

I że niekoniecznie jest to wina gry. Z dobre dwa, trzy lata temu w ogólnopolskich mediach był reportaż o tym, jak jakiś facet (rzecz się działa w Polsce), wdrapał się na jakiś most. To znaczy, na tę konstrukcję. Dlaczego? Nie pamiętam. Pamiętam, że w stan gotowości zostały postawione wszystkie służby porządkowe, zamknięto tam ruch, aby delikwenta ściągnąć, bo sam nie mógł zejść. Na szczęście się udało, a sama akcja trwała jakieś trzy godziny. Wówczas pani relacjonująca to wydarzenie skwitowała swój reportaż w taki sposób, jakby winą służb mogło by być to, że faceta nie udałoby się uratować. 

Pozostaje zadać pytanie: dlaczego? Sam tam wlazł, nikt go nie zmuszał, przez swoją głupotę zablokował ruch na moście, a na koniec Bogu ducha winni ludzie mieli by za to odpowiadać?

Nawiązując do gier, to podobna sytuacja miała miejsce z dobre 10 lat temu. Wówczas furorę robiła gra Tibia, która wymagała stałego połączenia z internetem. Chodziło się postacią po mapie, zabijało potwory i zbierało różnego rodzaju rzeczy, typu zbroję, miecze itp. Doszło do takiego szaleństwa, że ci bardziej uzdolnieni tworzyli postać, która grze miała ogromną wartość, po czym… sprzedawali dostęp do tej postaci za prawdziwe pieniądze. Sposób na niezły zarobek, bo ceny były naprawdę wysokie, a z drugiej strony inni ludzie rzeczywiście to kupowali. 

No i w mediach ogólnopolskich było glośno o dziecku, któremu mama (nie wiem czy dobrze pamiętam) chyba usunęła postać i odłączyła internet, a dzieciak dostał szału i pobił ją krzesłem. Pozostaje zadać pytanie, czy była to rzeczywiście wina gry, czy raczej błąd w wychowaniu. Bo ja do dzisiaj sobie nie wyobrażam sytuacji, że podnoszę głos na swoich rodziców, a co dopiero rękę. Lub krzesło. 

Ale wówczas dochodzenie do winowajcy byłoby zbyt długie i monotonne. O wiele łatwiej było wskazać na grę. A i opnia publiczna chętnie to zaakceptuje. 

Odnoszę wrażenie, że żyjemy w dość dziwnych czasach, kiedy za wszelką cenę, chcąc odciągnąć innych od podjęcia głupch decyzji, chcemy zakazać wszystkiego dla wszystkich.

I w tej maści zakazów i nakazów szukamy odpowiedzialnych, często zapominając, że to w głównej mierze człowiek, jako istota świadoma podemuje wszelkie decyzje. 

Odkąd pamiętam, gry zawsze były celem ataków różnych środowisk. Miałem to szczęście żyć w pięknych czasach lat 90-tych, kiedy furorę na naszym rynku robiła konsola Pegasus.

I z perspektywy czasu wyobrażam sobie miny naszych rodziców, kiedy piątka dzieciaków siedziała przed telewizorem, patrzyła jak jedna, czy dwie osoby grają w jakieś piksele i ochoczo dopingowała bądź zniechęcała drugich. 

A jeszcze większym szokiem dla nich musiało być to, kiedy zbieraliśmy te 15 czy 10 złotych tylko po to, żeby kupić jakieś żółte coś. To samo żółte coś, które już przecież mieliśmy w domu. 

Pomimo wielu godzin grania w Mario, Tanki czy Kaczki nikt z nas nie miał morderczych myśli, ani nikt nie wyrósł na kompletnego idiotę (no, może pomijając mnie, ale nie wiem czy to wina nietrafionych kaczek).

Podobnie my teraz, z delikatnym uśmiechem na ustach obserwujemy grupki dzieciaków zapatrzonych w telefony i spacerujących po mieście. 

Ostatnio widziałem taką sytuację. Grupka dzieciaków gapi się w telefony i krąży wokół jednego miejsca. Kompletna cisza i maksymalne skupienie wypisane na ich twarzach. Po czym jeden z nich krzyczy: „O njeee, Ratatata!”. Wszyscy wzdychają będąc głęboko rozczarowanymi. Ale nic to. Podnoszą głowy i ruszają dalej. Może gdzie indziej znajdzie się lepszy okaz. 

Początkowo mnie rozbawila ta scena, ale później miałem wyrzuty sumienia, bo w sumie, gdybym był młodszy i dysponował większą ilością wolnego czasu, sam bym łapał cyfrowe cudaki.

Żyjemy w czasach niesamowitego postępu technologicznego. Podejrzewam, że kiedyś z politowaniem patrzono na osoby grające w szachy czy warcaby. No bo jak można przeżywać i wyzywać układ figur na planszy? Potem pojawiły się planszówki, a po nich komputery i konsole. 

Teraz mamy Pokemon GO, a już zza rogu wyglądają do nas okulary umożliwjające dostęp do rozszerzonej rzeczywistości wirtualnej. 

Co będzie za 20 lat? Nie mam bladego pojęcia. Wiem, że możemy jedynie pokiwać groźnie palcem w bucie w ramach odpowiedzi na ewolucję branży rozrywkowej. 

Aha, no i nawiązując do powyższych niebezpieczeństw czyhających na zbieraczy pokemonów, ja tam wierzę, że nasze polskie dzieciaki posiadają instynkt samozachowawczy.

A ten Ratatata był przy Szkole Podstawowej nr 3.

UDOSTĘPNIJ NA: UDOSTĘPNIJ NA:
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.